Pohl Frederic - Gateway Za B��kitnym Horyzontem Zdarze� - Janine

JANINE



     R�nica mi�dzy dziesi�ciolatkiem i czternastolatkiem jest ogromna. Po trzech latach w statku o nap�dzie fotonowym, zmierzaj�cym w kierunku ob�oku Oorta, Janine nie by�a ju� tym samym dzieckiem, kt�re wyruszy�o w podr�. Nie przesta�a by� dzieckiem. Ale mia�a za sob� ten wczesny etap dojrza�o�ci, po kt�rym cz�owiek zdaje sobie spraw�, �e do osi�gni�cia prawdziwej dojrza�o�ci zosta�o mu jeszcze bardzo wiele. Janine nie �pieszy�o si� do doros�o�ci. Po prostu pracowa�a nad rym, �eby doprowadzi� ten proces do ko�ca. Ka�dego dnia. Bez przerwy. Z pomoc� ka�dego dost�pnego �rodka.
    Tego dnia, gdy spotka�a Wana, nie szuka�a niczego szczeg�lnego. Po prostu chcia�a by� sama. Ale nie w jakim� konkretnym celu. Nawet nie dlatego, czy te� nie tylko dlatego, �e mia�a dosy� swojej rodziny. Chcia�a mie� co� w�asnego, prze�ycia, kt�rych by z nikim nie dzieli�a, ocen�, w kt�rej nie pomagaliby jej wszechobecni doro�li. Pragn�a popatrze�, dotkn�� i pow�cha� odmienno�ci Fabryki, i chcia�a to zrobi� sama.
     Wi�c posuwa�a si� wzd�u� korytarzy, na chybi� trafi�, od czasu do czasu wyciskaj�c z butelki �yk kawy lub czego�, co wed�ug niej by�o „kaw�". Przej�a to przyzwyczajenie od ojca, chocia�, gdyby j� spyta�, zaprzeczy�aby, �e w czymkolwiek go na�laduje.
    Wszystkimi zmys�ami pragn�a ch�on�� wra�enia. W ca�ym jej dotychczasowym �yciu Fabryka Po�ywienia by�a czym� najbardziej ekscytuj�cym i czaruj�co przera�liwym. Bardziej ni� start z Ziemi, kiedy by�a tylko dzieckiem. Bardziej ni� splamione szorty, kt�re znaczy�y, �e sta�a si� kobiet�. Bardziej ni� cokolwiek innego. Ekscytowa�a si� nawet nagimi �cianami korytarzy, poniewa� by�y z metalu Heech�w, licz�cego sobie miliony lat, lecz nadal wydzielaj�cym niebieskie �wiat�o. (Komu to �wiat�o s�u�y�o na pocz�tku?) �agodnie przesuwa�a si� z pomieszczenia do pomieszczenia, ledwie muskaj�c pod�og� poduszeczkami st�p. W jednym pokoju natrafi�a na rz�dy gumowych p�ek (co na nich kiedy� sta�o?), w innym przycupn�a ogromna kula ze �ci�tym czubkiem i wierzcho�kiem, wygl�daj�ca jak chromowe lustro, lecz dziwnie sypka w dotyku (do czego s�u�y�a?). Przeznaczenia niekt�rych sprz�t�w mog�a si� tylko domy�la�. To co�, co wygl�da�o jak st�, z pewno�ci� by�o sto�em (wystaj�ca kraw�d� mia�a na pewno chroni� rzeczy na stole przed zsuni�ciem si� w s�abym przyci�ganiu). Niekt�re przedmioty zidentyfikowa�a dla nich Vera korzystaj�c z zasob�w informacji o artefaktach Heech�w skatalogowanych przez wielkie banki danych na Ziemi. Uwa�ano, �e nisze z siatkowatymi �ladami na �cianie s�u�� do spania. Ale czy rzeczywi�cie poczciwa Vera ma racj�? Nie to by�o jednak wa�ne. Przedmioty same w sobie by�y zachwycaj�ce. Tak samo jak przestrze�, po kt�rej mo�na si� by�o porusza�. A nawet si� w niej zagubi�. Bo zanim dotarli do Fabryki Po�ywienia Janine nigdy, przenigdy, nawet jeden jedyny raz w �yciu nie mia�a okazji si� zgubi�. Na sam� my�l z rado�ci dostawa�a g�siej sk�rki. Zw�aszcza, �e ta ca�kiem doros�a cz�� jej czternastoletniego umys�u zawsze mia�a �wiadomo��, �e bez wzgl�du na to, jak bardzo zab��dzi, Fabryka Po�ywienia nie jest po prostu dostatecznie du�a, �eby m�c si� w niej zgubi� na dobre.
     Wi�c by� to dreszcz bezpieczny. Tak przynajmniej si� wydawa�o.
    A� do chwili, kiedy znalaz�a si� w labiryncie odleg�ych dok�w, a kto� - Heech? kosmiczny potw�r? wariat z no�em? - zacz�� si� ku niej zbli�a� jednym z korytarzy.
    Ale to nie by�o nic takiego. To by� Wan.
    Nie zna�a oczywi�cie jego imienia.
    - Nie podchod� bli�ej! - zaskamla�a ze �ci�ni�tym gard�em, z radiem w d�oni, skrzy�owawszy ramiona na swych m�odych piersiach. Nie podszed� bli�ej. Zatrzyma� si�. Gapi� si� na ni�, oczy mu prawie wysz�y z orbit, otworzy� usta i wysun�� j�zyk. By� wysoki, chudy, mia� tr�jk�tn� twarz i d�ugi, zakrzywiony nos. Ubrany by� w co�, co wygl�da�o jak sp�dnica i g�ra tuniki. Obie cz�ci odzienia by�y strasznie brudne. Pachnia� samcem. Dr�a� w�sz�c w powietrzu. Ale przede wszystkim by� m�ody. Nie m�g� mie� du�o wi�cej lat ni� Janine. By� pierwsz� od paru lat osob�, kt�ra nie by�aby trzy razy od niej starsza. I kiedy �agodnie opad� na kolana i zacz�� robi� co�, czego Janine nigdy w �yciu nie widzia�a, j�kn�a chichocz�c - prze�y�a moment rozbawienia, ulgi, szoku, histerii. Nie szokowa�o jej to, co robi. Szokiem by�o spotkanie ch�opca. Janine miewa�a r�ne szale�cze marzenia, ale nigdy nie wyobra�a�a sobie czego� takiego.
     Przez kilka nast�pnych dni nie by�a w stanie spu�ci� Wana z oczu. Wczuwa�a si� w rol� jego matki, kumpla, nauczyciela, �ony. „Nie, Wan! Pij powoli, to gor�ce!", „Wan, czy ty chcesz przez to powiedzie�, �e by�e� zupe�nie sam od momentu, kiedy sko�czy�e� trzy lata?", „Masz naprawd� pi�kne oczy, Wan". Nie przeszkadza�o jej, �e zabrak�o mu manier, by powiedzie� jej to samo. Sama mog�a jednoznacznie stwierdzi�, �e fascynuje go ka�d� swoj� cz�stk�.
     Inni te� to zauwa�yli. Janine to nie przeszkadza�o. Wan by� niezwykle zmys�owy. Mia� b�yszcz�ce oczy i obdarza� otoczenie swym obsesyjnym uwielbieniem. Spa� nawet mniej ni� ona. Z pocz�tku to sobie ceni�a, poniewa� znaczy�o to, �e ma Wana wi�cej dla siebie. Ale potem zobaczy�a, �e jest wyczerpany. A nawet chory. Kiedy zacz�� si� poci� i dr�e� w pokoju z b�yszcz�cym srebrno-niebieskim kokonem, to ona krzykn�a:
    - Lurvy! On chyba za chwil� zwymiotuje!
    Gdy rzuci� si� na le�ank�, skoczy�a ku niemu z wyci�gni�t� d�oni�, �eby sprawdzi� jego suche rozpalone czo�o. Zamykaj�ca si� nad kokonem os�ona prawie przytrzasn�a jej d�o�, ��obi�c d�ug�, g��bok� szram� od nadgarstka do knykci.
    - Paul! - wrzasn�a cofaj�c r�k�. - Musimy...
    I wtedy na wszystkich spad�a Gor�czka. Najgorsza z dotychczasowych. I inna ni� dotychczasowe. Mi�dzy jednym a drugim uderzeniem serca Janine zwymiotowa�a.
    Nigdy przedtem jej si� to nie zdarzy�o - od czasu do czasu, owszem, przytrafia�y si� jej jakie� siniaki, skurcz, czy katar. Nic ponadto. Przez wi�kszo�� swego �ycia mia�a Pe�ny Serwis Medyczny i po prostu nie chorowa�a. Nie rozumia�a, co si� z ni� dzieje. Jej cia�o trawi�a gor�czka i b�l. Mia�a wizje monstrualnych, dziwacznych postaci. W niekt�rych rozpozna�a karykatury cz�onk�w rodziny. Inne by�y po prostu przera�aj�ce i dziwne. Widzia�a nawet siebie - z ogromnymi piersiami i obfitymi biodrami, ale to by�a ona - i a� w brzuchu odczuwa�a szalone pragnienie, by rzuci� si�, rzuci� si� w wir koszmar�w, jakich nigdy dotychczas nie mia�a. Nie by�o to takie oczywiste. Nic nie by�o oczywiste. B�l i szale�stwo nap�ywa�y falami. Mi�dzy nimi, przez jak�� sekund� czy dwie, udawa�o jej si� uchwyci� fragment rzeczywisto�ci. Stalowy niebieski blask ze �cian. Kl�cz�c� obok niej, skaml�c� Lurvy. Ojca wymiotuj�cego w korytarzu. Chromowy, niebieski kokon z wij�cym si� i be�kocz�cym pod siatk� Wanem. To nie rozum czy wola powodowa�y ni�, kiedy wbija�a palce w pokryw� i za setnym, czy mo�e tysi�cznym razem uda�o jej siej� otworzy� - ale w ko�cu uda�o i wyci�gn�a go kwil�cego i rozdygotanego.
    Halucynacje usta�y natychmiast.
    Ust�pi�y, cho� nie tak szybko, b�l, md�o�ci i przera�enie. Ale ust�pi�y. Wszyscy jeszcze dr�eli i chwiali si� na nogach, wszyscy, pr�cz ch�opca, kt�ry by� nieprzytomny i oddycha� szybko, chrapliwie, co przerazi�o Janine.
    - Lurvy, na pomoc! - wrzasn�a. - On umiera!
    Siostra natychmiast znalaz�a si� przy niej. Zacisn�a kciuk na pulsie ch�opca, potrz�sn�a g�ow�, �eby doj�� nieco do siebie i zajrza�a mu, jeszcze troch� nieprzytomnie, w oczy.
     - Odwodniony! Ma wysok� temperatur�. Chod�! - zawo�a�a szamocz�c si� r�k� Wana. - Pom� mi dotransportowa� go z powrotem do statku. Potrzebuje roztworu soli, antybiotyk�w, �rodk�w na obni�enie gor�czki i mo�e troch� gammaglobuliny.
    Doci�gni�cie Wana do statku zaj�o im prawie dwadzie�cia minut i Janine by�a przera�ona, �e umrze przy kolejnym wstrz�sie albo je�li troch� zwolni�. Lurvy przebieg�a ostatnie sto metr�w i kiedy Paul oraz Janine z trudem przecisn�li go przez otw�r, zd��y�a ju� odpi�� zestaw medyczny i wykrzykiwa�a rozkazy.
     - Po��cie go. Niech to po�knie. We�cie pr�bk� krwi i sprawd�cie wirusy, a tak�e przeciwcia�a. Prze�lijcie piln� wiadomo�� do bazy, powiedzcie im, �e potrzebujemy instrukcji medycznych - je�li do�yje odpowiedzi!
     Paul pom�g� im rozebra� ch�opca, kt�rego nast�pnie zawin�li w jeden z koc�w Paytera. Potem przes�a� wiadomo��. Ale wiedzia�, tak jak wszyscy, �e problem, czy Wan prze�yje, czy umrze, nie zostanie rozwi�zany na Ziemi. Na pewno nie w sytuacji, gdy na odpowied� trzeba czeka� siedem tygodni. Payter kl�� nad zestawem bioanalizatora. Lurvy i Janine zaj�te by�y ch�opcem. Paul, nie m�wi�c nikomu ani s�owa, wcisn�� si� w skafander EVA i wyszed� w przestrze�, gdzie sp�dzi� m�cz�ce p�torej godziny na przestawianiu przeka�nik�w - g��wny na jasn� podw�jn� gwiazd� - planet� Neptun i jej ksi�yc, a drugi w kierunku misji Garfelda. Potem, przytrzymuj�c si� kad�ubu statku, poleci� Verze przez radio, by powt�rzy�a sygna� SOS przy maksymalnej mocy. Mo�e odbieraj�. A mo�e nie. Kiedy Vera zasygnalizowa�a, �e wiadomo�ci zosta�y przes�ane, przesun�� du�y dysk w kierunku Ziemi. Zabra�o mu to trzy godziny, a i tak prawdopodobnie nikt ich nie us�ysza�. A jeszcze bardziej w�tpliwe, �e kto� m�g�by im zaproponowa� rozs�dn� pomoc. Statek Garfelda by� mniejszy i gorzej wyposa�ony, za� ludzie na Trytonie byli tam tylko na kr�tko. Ale je�li kto� odebra� ich wiadomo��, mogli liczy� na jak�� rad�, czy przynajmniej wsp�czucie, kt�re dotrze do nich znacznie szybciej ni� z Ziemi.
     Po godzinie gor�czka Wana zacz�a opada�. Po dwunastu ust�pi�y drgawki i majaczenia, i spa� ju� normalnie. Ale wci�� by� bardzo chory.
    Janine - matka, kole�anka, nauczycielka i �ona (przynajmniej w marzeniach), sta�a si� teraz dla Wana r�wnie� piel�gniark�. Po pierwszej porcji lekarstw nie pozwoli�a Lurvy nawet robi� mu zastrzyk�w. Czuwa�a, �eby zwil�a� mu czo�o. Kiedy nieprzytomny za�atwi� si� pod siebie, pieczo�owicie go obmy�a. Na nic innego nie zwraca�a uwagi. Rozbawione i zatroskane spojrzenia oraz s�owa rodziny nie robi�y na niej �adnego wra�enia, a� kt�rego� dnia, odgarniaj�c rozczochrane w�osy z twarzy Wana us�ysza�a protekcjonalny komentarz Paula, w kt�rego g�osie wychwyci�a nutk� zazdro�ci.
    - Niedobrze mi si� robi, gdy ci� s�ysz� - wybuch�a. - Wan potrzebuje mnie, musz� si� nim opiekowa�!
    - A tobie to sprawia przyjemno�� - odparowa�. By� naprawd� z�y. Oczywi�cie, to jeszcze bardziej rozw�cieczy�o Janine. Ale w tym momencie wtr�ci� si� do�� delikatnie ojciec.
    - Pozw�l, �eby dziewczyna robi�a to, co chce, Paul. Czy ty w jej wieku nie by�e� sob�? Chod�, sprawdzimy jeszcze raz Traumeplatz.
    Janine sama by�a zdziwiona, �e da�a zatriumfowa� rozjemcy. Mia�a doskona�� okazj� do w�ciek�ej sprzeczki, ale nie le�a�o to w jej interesie. Pozwoli�a sobie na �ci�gni�ty, malutki u�mieszek z powodu zazdro�ci Paula (i tym samym zdoby�a now� sprawno��, kt�r� mog�a sobie przyszy� do r�kawa) i wr�ci�a do Wana.
    W miar� jak dochodzi� do zdrowia, stawa� si� coraz bardziej interesuj�cy. Kiedy si� od czasu do czasu budzi�, rozmawia� z ni�. Gdy spa� - przygl�da�a mu si�. Taka ciemna twarz, oliwkowe cia�o, lecz od pasa do ud mia� sk�r� jasn� jak bielusie�kie ciasto, ciasno opinaj�c� ostre ko�ci. Sk�pe ow�osienie. �adnego zarostu na twarzy z wyj�tkiem mi�kkiego, wr�cz niewidocznego pasemka czy dwu - przypominaj�cego bardziej kresk� nad warg� ni� w�sy.
    Janine wiedzia�a, �e Lurvy i ojciec �artuj� sobie z niej, �e Paul jest w rzeczywisto�ci zazdrosny o jej zainteresowanie, kt�rego sam tak d�ugo stara� si� unika�. By�a to bardzo przyjemna odmiana. Teraz by�a kim�. Po raz pierwszy w �yciu to, co robi�a, stanowi�o najwa�niejsze zadanie za�ogi. Pozostali przychodzili do niej, by prosi� o pozwolenie na rozmow� z Wanem, a kiedy uwa�a�a, �e zaczyna by� zm�czony, respektowali jej polecenie, by przerwa�.
     Wan j� poza tym fascynowa�. W zestawieniu z innymi m�czyznami wygrywa� bezapelacyjnie. Nawet z tymi, z kt�rymi korespondowa�a. By� przystojniejszy ni� �y�wiarz, m�drzejszy od aktor�w, prawie tak wysoki, jak koszykarz. A na tle ich wszystkich, zw�aszcza tych dw�ch, z kt�rymi przebywa�a pokonuj�c odleg�o�� dziesi�tk�w milion�w kilometr�w, Wan jawi� si� tak cudownie m�odzie�czy! Na wierzchu d�oni starego Paytera utworzy�y si� nieregularne plamy br�zowego pigmentu, co by�o obrzydliwe. Ale przynajmniej dba� o siebie. By� wr�cz nieskazitelny na sw�j kontynentalny spos�b. Malusie�kimi srebrnymi no�yczkami wycina� nawet w�oski z uszu, bo Janine kiedy� go na tym przy�apa�a. Gdy tymczasem Paul... W trakcie jednej z utarczek z Lurvy, Janine warkn�a: „To ty z kim� takim chodzisz do ��ka? Z tak� ma�p� z zarostem w uszach? Ja bym si� wyrzyga�a!"
    Karmi�a wi�c Wana i czyta�a mu, a kiedy spa�, drzema�a przy nim. My�a mu w�osy, troch� je wyr�wna�a pozwalaj�c, by Lurvy pomog�a je u�o�y� i wysuszy�. Pra�a jego ubranie i wyr�czaj�c w tym Lurvy za�ata�a co trzeba, a nawet dopasowa�a na niego niekt�re z ubra� Paula. Przyjmowa� to wszystko z pokor�, ka�d� rzecz, i sprawia�o mu to tyle samo rado�ci, co jej.



     Gdy odzyska� nieco si�, nie by�a mu ju� tak bardzo potrzebna i coraz mniej mog�a go broni� przed dociekliwo�ci� innych. Ale i oni nie chcieli go nadwer�a�. Nawet stary Payter. Vera zacz�a szpera� w swej pami�ci szukaj�c program�w medycznych i przygotowa�a d�ug� list� bada�, kt�rym nale�a�o ch�opca podda�.
    - Morderczyni! - w�cieka� si� Payter. - Czy nie masz za grosz zrozumienia dla m�odego cz�owieka, kt�ry by� tak bliski �mierci? Teraz ty go chcesz wyko�czy�?
    Ale to by�a czysta teoria. Sam mia� wiele pyta� i zadawa� je, kiedy Janine na to przyzwala�a. D�sa� si� i z�o�ci�, gdy si� nie zgadza�a.
    - Wan, powiedz mi jeszcze raz, co odczuwasz, kiedy jeste� w tym swoim ��ku? Czy tak, jakby� by� w pewien spos�b cz�stk� wielomilionowej ludzko�ci? A oni cz�stk� ciebie? Dobrze m�wi�?
    Ale kiedy Janine zarzuca�a mu, �e przeszkadza Wanowi doj�� do zdrowia, wycofywa� si�. Tyle �e nigdy nie na d�ugo.
    Potem Wan czu� si� na tyle dobrze, �eby Janine mog�a sobie pozwoli� na ca�� spokojn� noc u siebie, a kiedy si� przebudzi�a, jej siostra siedzia�a przy pulpicie Very. Wan sta� z ty�u jej krzes�a, u�miechaj�c si� i marszcz�c brwi na widok nieznanej maszyny, a Lurvy odczytywa�a mu jego raport medyczny.
    - Twoje si�y witalne, tak jak i poziom przeciwcia� s� w normie. Przybierasz na wadze. Teraz powinno by� ju� wszystko w porz�dku.
    - A wi�c - wykrzykn�� ojciec - mo�emy wreszcie porozmawia� o ponad�wietlnym radiu, o maszynach w miejscu, z kt�rego pochodzi, o pomieszczeniu sn�w... - Janine przy��czy�a si� do grupy.
    - Zostaw go w spokoju! - wrzasn�a. Ale Wan potrz�sn�� g�ow�.
    - Niech pytaj�, o co chc�, Janine - odpar� swym piskliwym, przyduszonym g�osem.
    - Teraz?
    - Tak, teraz - przynagli� ojciec. - W tej chwili. Paul, chod� tutaj i powiedz mu, czego musimy si� dowiedzie�.
    Janine zda�a sobie spraw�, �e zosta�o to ju� wcze�niej ukartowane. Ale Wan nie mia� nic przeciwko temu, a nie mog�a ju� d�u�ej udawa�, �e nie jest w stanie odpowiada� na pytania. Podesz�a i usiad�a obok niego. Skoro nie mog�a przeciwstawi� si� temu przes�uchaniu, przynajmniej b�dzie przy nim, �eby go chroni�.
    - Zaczynaj, Paul - ch�odno da�a oficjalne przyzwolenie. - Pytajcie, o co chcecie, ale go nie zam�czcie. Paul spojrza� na ni� ironicznie i zwr�ci� si� do Wana.
    - Od kilkunastu lat - powiedzia� - co jakie� sto trzydzie�ci dni ca�a Ziemia dostaje sza�u. Wygl�da na to, �e to twoja robota, Wan.
    Ch�opiec zmarszczy� brwi, ale nic nie powiedzia�.
    - Czego si� go czepiasz? - w jego imieniu zabra�a g�os jego publiczny obro�ca.
    - Nikt si� go nie „czepia", Janine. Ale prze�yli�my Gor�czk�. To nie mo�e by� zbieg okoliczno�ci. Kiedy Wan znajduje si� wewn�trz tego urz�dzenia, staje si� przeka�nikiem o zasi�gu og�lno�wiatowym. - Paul potrz�sn�� g�ow�. - Czy wiesz, ch�opcze, ile problem�w przysporzy�e�? Od kiedy tu zacz��e� przyje�d�a�, miliony ludzi uczestniczy�y w twoich snach. A nawet miliardy! Czasem by�e� spokojny - wtedy i sny by�y spokojne. Ale nie zawsze. Nie chc�, �eby� wini� sam siebie - doda� uprzejmie ubiegaj�c Janine. - Ale zgin�y tysi�ce ludzi. I wiele rzeczy uleg�o zniszczeniu - nawet nie potrafisz sobie tego wyobrazi�.
    - Nigdy nikogo nie skrzywdzi�em - piskliwym g�osem broni� si� ch�opak. Nie by� w stanie poj��, co mu zarzucano, ale nie mia� najmniejszej w�tpliwo�ci, �e Paul go oskar�a. Lurvy po�o�y�a r�k� na jego ramieniu.
    - Och, gdyby tak rzeczywi�cie by�o! Najwa�niejsze, �eby� tego ju� wi�cej nie robi�.
    - Nie mog� ju� wi�cej �ni�?
    - Nie!
    Wan szuka� pomocy u Janine.
    - Ale to nie wszystko - ci�gn�� Paul. - Musisz nam pom�c. Musisz powiedzie� nam wszystko, co wiesz. O le�ance, o Zmar�ych, o radiu, kt�re jest szybsze od �wiat�a, o po�ywieniu...
    - Po co? - spyta� Wan.
    - Poniewa� w ten spos�b mo�esz jako� nadrobi� straty wyrz�dzone przez Gor�czk� - t�umaczy� cierpliwie Paul. - Wydaje mi si�, �e nie rozumiesz swojego znaczenia. Twoja wiedza mo�e wybawi� ludzi od �mierci g�odowej. Mo�e ocali� miliony istnie�!
    Wan zamy�li� si� przez chwil�, ale poj�cie „miliony" w odniesieniu do ludzi by�o dla niego zupe�nie niezrozumia�e. Jeszcze nie zd��y� si� przyzwyczai� do pi�ciorga.
    - M�wicie tak, �eby mi zrobi� przykro�� - powiedzia� z wyrzutem.
    - Nie to mamy na my�li, Wan.
    - Niewa�ne, co si� ma na my�li, tylko co si� robi. W�a�nie mi to u�wiadomili�cie - zamrucza� ze z�o�ci�. - No dobrze, czego chcecie?
     - Chcemy, �eby� powiedzia� nam wszystko, co wiesz - wtr�ci� po�piesznie Paul. - Oczywi�cie, nie wszystko naraz. Ale w miar�, jak b�dziesz sobie przypomina�. Chcemy, �eby� oprowadzi� nas po Fabryce Po�ywienia i wszystko obja�ni�. Naturalnie w miar� swoich mo�liwo�ci.
    - Mam was oprowadza� tutaj? Tutaj nie ma nic opr�cz le�anki sn�w, a na dodatek nie pozwalacie mi z niej korzysta�.
    - Dla nas wszystko jest nowe, Wan.
    - Ale tu nie ma nic ciekawego. Wody nie ma, nie ma biblioteki, ze Zmar�ymi trudno rozmawia�, nic nie ro�nie. W domu mam wszystko i wszystko dzia�a, sami mo�ecie sprawdzi�.
    - W twoich ustach brzmi to jak raj.
    - Sami si� przekonajcie. Je�li nie mog� marzy�, to nie ma powodu tu zostawa�.
    Paul poruszony spojrza� na pozosta�ych.
    - Czy mogliby�my tam polecie�?
    - Oczywi�cie - w moim statku. No, ma si� rozumie�, nie wszyscy - poprawi� si� Wan. - Tylko niekt�rzy. Mo�emy tu zostawi� starszego pana. I tak nie ma kobiety dla niego, wi�c nie roz��czymy �adnej pary. Albo - doda� przebiegle - mogliby�my polecie� tylko z Janine. B�dzie wi�cej miejsca w statku. Mogliby�my przywie�� maszyny, ksi��ki, skarby...
    - Daj sobie spok�j, Wan - powiedzia�a rozs�dnie dziewczyna. - Nigdy by si� na co� takiego nie zgodzili.
    - Spokojnie, dziecino - wtr�ci� ojciec. - I tak nie ty decydujesz. To, co m�wi ch�opak, brzmi interesuj�co. Je�li mo�e nam otworzy� bramy raju, to czemu mieliby�my sta� na zewn�trz i marzn��?
    Janine przygl�da�a si� ojcu, lecz nie potrafi�a nic z jego twarzy wyczyta�.
    - Nie chcesz chyba powiedzie�, �e pozwolisz, �eby�my tam polecieli sami z Wanem?
    - Nie w tym rzecz - odpar�. - Chodzi o to, jak w mo�liwie najszybszy spos�b sko�czy� t� przekl�t� misj� i powr�ci�, �eby zebra� nagrody. O nic innego mi nie chodzi.
    - No c� - odezwa�a si� Lurvy po chwili. - Nie musimy podejmowa� tej decyzji natychmiast. Raj na nas zaczeka, b�dzie czeka� do ko�ca naszego �ycia i jeszcze d�ugo potem.
    - To prawda - przytakn�� ojciec. - Tyle tylko, �e niekt�rym z nas tego �ycia zosta�o mniej ni� innym.



    Codziennie przychodzi�y nowe wiadomo�ci z Ziemi. Jak na z�o�� odnosi�y si� do odleg�ej przesz�o�ci, przed przybyciem Wana, i nijak nie mia�y si� do tego, co robili teraz, albo planowali zrobi�: chemiczn� analiz� tego, rentgen tamtego, zmierzy� to... W chwili obecnej powolne cz�stki foton�w, kt�re przekazywa�y wiadomo�� o ich przylocie do Fabryki Po�ywienia, dotar�y do terminalu Very na Ziemi i odpowied� by� mo�e by�a ju� w drodze, co potrwa jeszcze kilka tygodni. Baza na Trytonie mia�a inteligentniejszy komputer od Very, wi�c Paul i Lurvy tam chcieli przekazywa� wszystkie dane, �eby uzyska� ich interpretacj� i odpowiednie sugestie. Stary Payter ze z�o�ci� odrzuci� ten pomys�.
    - Do tych cygan�w? Dlaczego mieliby�my przekazywa� to, co nas kosztuje tyle trudu?
    - Ale nie ma tu �adnych w�tpliwo�ci - za�agodzi�a Lurvy. - To wszystko nale�y do nas. - Zgodnie z kontraktem.
    - Nie!
    Wi�c wprowadzali wszystko, co im m�wi� Wan, do pok�adowej Very, a jej niewielka, powolna inteligencja z trudem uk�ada�a bity we wzory. A nawet obrazy. Wygl�d zewn�trzny miejsca, z kt�rego pochodzi� Wan - podobie�stwo nie by�o zbyt du�e, poniewa� Wan najwyra�niej nie przygl�da� mu si� zbyt dok�adnie. Korytarze. R�ne urz�dzenia. Sami Heechowie; Wan bez przerwy wnosi� jakie� poprawki.
    - Ach, nie. Jedni i drudzy maj� brody - m�czy�ni i kobiety. Nawet m�odzi. A piersi kobiet si�gaj�... - Wyci�gn�� r�k� poni�ej mostka, �eby pokaza� dok�d. - I nie pachn� zbyt przyjemnie.
    - Holobrazy w og�le nie maj� zapachu - zauwa�y� Paul.
    -To prawda. Ale oni tak. Szczerze m�wi�c, �mierdz�.
    Vera co� tam wymamrota�a, uwija�a si�, by poradzi� sobie z nowymi danymi i terkocz�c wprowadza�a poprawki. Po wielu godzinach to, co stanowi�o dla Wana zabaw�, stawa�o si� mord�g�. Kiedy zaczyna� m�wi�: „Tak, doskonale, tak dok�adnie wygl�da pomieszczenie Zmar�ych", rozumieli, �e zgadza si� na wszystko, co cho�by na moment wyrwie go z tej monotonii i da mu chwilk� wytchnienia. Wtedy Janine zabiera�a go na w�dr�wk� po korytarzach, d�wigaj�c na plecach rejestrator d�wi�k�w i obraz�w, na wypadek gdyby powiedzia� co� warto�ciowego lub wskaza� jaki� skarb, i rozmawiali o zupe�nie innych sprawach. Jego wiedza zaskakiwa�a j� tak samo jak ignorancja. Obie by�y nie do przewidzenia.
     Zajmowali si� nie tylko Wanem. Co chwila Lurvy czy staruszek Peter wyskakiwali z nowym pomys�em na odci�gni�cie Fabryki z jej zaprogramowanego kursu, �eby m�c zrealizowa� pierwotny cel wyprawy. Ale nic z tego nie wychodzi�o. Co dzie� nap�ywa�y nowe informacje z Ziemi. Nadal nie by�y aktualne. Ani nawet interesuj�ce. Janine zostawi�a korespondencj� w pami�ci Very, nie staraj�c si� nawet wys�ucha� list�w, poniewa� informacje, kt�re mia�a od Wana, zaspokaja�y jej potrzeby. Czasami zdarza�y si� mi�e niespodzianki. Lurvy, na przyk�ad, otrzyma�a wiadomo��, �e jej college wybra� j� Kobiet� Roku. Do staruszka Petera przysz�a oficjalna petycja z jego rodzinnego miasta. Przeczyta� j� i wybuchn�� �miechem. „W Dortmundzie nadal chc�, �ebym kandydowa� na burmistrza. Absurd!"
    - Dlaczego, to przecie� bardzo mi�e - powiedzia�a Uprzejmie Lurvy. - Wr�cz komplement.
    - Bzdura - zwr�ci� jej ostro uwag�. - Burmistrz! Z tym, co tu mamy, m�g�bym zosta� wybrany kanlerzem Niemiec, czy nawet... - zamilk� na chwil�. - To znaczy, je�li jeszcze kiedykolwiek si� tam znajd� - doda� ponuro. I umilk� spogl�daj�c nad ich g�owami. Porusza� bezg�o�nie wargami. - Mo�e powinni�my wr�ci� od razu - doda�.
    - Ale� tato - zacz�a Janine. I urwa�a, poniewa� spojrza� na ni� wzrokiem, jakim patrzy przyw�dca wilczego stada na krn�brnego szczeniaka. Zapanowa�o chwilowe napi�cie, kt�re Paul roz�adowa� odchrz�kuj�c.
    - Oczywi�cie, to jedna z mo�liwo�ci. Pozostaje strona prawna kontraktu.
    Peter potrz�sn�� g�ow�.
    - My�la�em nad tym. Ju� tyle s� nam winni! Chocia�by za po�o�enie kresu Gor�czce. Je�li zap�ac� nam przynajmniej za jeden procent strat, jakich dzi�ki nam unikn�li, to ju� s� miliony, a nawet miliardy... A je�li nie zap�ac�... - zawaha� si� i doda�. - Nie, niemo�liwe, �eby nie zap�acili. Musimy po prostu si� z nimi porozumie�. Przeka�cie informacj�, �e uda�o nam si� zlikwidowa� �r�d�o Gor�czki, �e nie mo�emy ruszy� Fabryki i �e wracamy do domu. Zanim odpowied� do nas dotrze, ju� od tygodni b�dziemy w drodze.
    - Oczywi�cie, Wan pojedzie z nami. Znajdzie si� na powr�t po�r�d istot swojego gatunku, a to z pewno�ci� b�dzie dla niego najlepsze rozwi�zanie.
    - Czy nie uwa�asz, �e Wan powinien decydowa� sam za siebie? A co z tym pomys�em, �eby kilkoro z nas polecia�o zbada� g��wn� baz�?
    - Mrzonki - odpar� ch�odno ojciec. - Rzeczywisto�� za� jest taka, �e nie mo�emy zrobi� wszystkiego naraz. Niech kto� inny zbada ten jego raj - starczy dla wszystkich, a my wr�cimy do domu, ciesz�c si� s�aw� i bogactwem. Tu nie chodzi tylko o kontrakt - ci�gn�� wr�cz b�agalnie. - Jeste�my wybawcami. B�d� nas chcieli widzie� na r�nych uniwersytetach i w reklamie. B�d� si� musieli z nami liczy�.
    - Nie, tato - odpar�a Janine. - To ty pos�uchaj mnie. Wszyscy m�wili�cie, �e mamy obowi�zek pom�c �wiatu, nakarmi� ludzko��, przywie�� nowe artefakty, �eby u�atwi� wszystkim �ycie. A teraz m�wisz, �e mamy si� z tego nie wywi�za�?
    - Ty ma�y pyskaczu, co ty wiesz o obowi�zku? - spojrza� na ni� z w�ciek�o�ci�. - Beze mnie tkwi�aby� w jakim� rynsztoku w Chicago, czekaj�c na czek z zapomog�. Musimy te� my�le� o sobie.
    Mia�a zamiar ostro mu odpyskowa�, ale powstrzyma�o j� przera�one spojrzenie szeroko rozwartych oczu Wana.
    - Mam tego dosy� - stwierdzi�a. - Idziemy z Wanem na spacer, jak najdalej od was wszystkich.
    - Tak naprawd� nie jest wcale taki z�y - powiedzia�a do Wana, kiedy odeszli na tyle daleko, �e pozostali nie mogli ich us�ysze�.
    Dochodzi�y do nich jednak odg�osy k��tni i Wanowi, kt�ry nie mia� jeszcze poj�cia, o co w tym wszystkim chodzi, najwyra�niej sprawia�y przykro��.
    Wan nie odpowiedzia� wprost. Wskaza� na b�yszcz�ce wybrzuszenie na niebieskiej �cianie.
    - Tu by�a woda - obja�ni�. - Ale wysch�a. Jest kilkadziesi�t takich miejsc, tyle �e prawie wszystkie s� suche.
    Janine z obowi�zku spojrza�a we wskazanym kierunku i skierowa�a tam umocowan� na ramieniu kamer�, przesuwaj�c do przodu i do ty�u zaokr�glon� pokryw�. Na jej czubku znajdowa� si� rodzaj noska, a na dole co�, co musia�o by� drenem. Mog�a tam zmie�ci� si� prawie ca�a, ale nigdzie nie by�o �ladu wody.
    - M�wi�e�, �e jedno dzia�a, ale woda nie nadaje si� do picia?
    - Tak. Czy chcia�aby�, �ebym ci to pokaza�?
    - Owszem. - I doda�a: - Nie przejmuj si� nimi. Czasami wpadaj� w z�o��.
    - Rozumiem. - Nie mia� jednak zbytniej ochoty na dalsz� rozmow� o tym, co zdarzy�o si� przed chwil�.
    - Kiedy by�am ma�a, ojciec opowiada� mi r�ne historyjki. Przewa�nie straszne. Ale nie zawsze. Opowiada� mi o Piotrze Kwarcu. To chyba kto� taki jak �wi�ty Miko�aj. M�wi�, �e je�li b�d� grzeczna, Piotr Kwarc przyniesie mi pod �wi�teczn� choink� lalk�, a je�li nie - bry�� w�gla. Albo co� jeszcze gorszego. I dlatego tak go w�a�nie nazywa�am - Piotru� Kwarc. Ale nigdy nie podarowa� mi w�gla.
     S�ucha� jej uwa�nie w czasie w�dr�wki wzd�u� b�yszcz�cego korytarza, ale nic nie odpowiedzia�.
    - Potem zmar�a moja matka, a Paul i Lurvy si� pobrali, wi�c zamieszka�am z nimi. Chocia� tata wcale nie by� taki najgorszy. Odwiedza� mnie tak cz�sto, jak tylko m�g�. Wan? Czy ty rozumiesz, co ja do ciebie m�wi�?
    - Nie - odpar�. - Kto to jest �wi�ty Miko�aj?
    - Och, Wan!
    Wi�c zacz�a mu wyja�nia�, kto to jest �wi�ty Miko�aj, co to jest Bo�e Narodzenie, zima, �nieg i podarki. Rozja�ni� si� i zacz�� si� nawet u�miecha�. Lecz, co dziwne, gdy Wan stawa� si� weselszy, dobry humor opuszcza� Janine. Kiedy pr�bowa�a mu co� wyja�ni� o �wiecie, w kt�rym �y�a, stan�a twarz� w twarz ze �wiatem, kt�ry mia�a teraz wok� siebie. A nawet przysz�o jej na my�l, �e lepiej by�oby zrobi� to, co proponuje Peter, czyli spakowa� si� i wr�ci� do domu. Ka�da mo�liwo�� napawa�a j� przera�eniem. Przera�a�o to miejsce, w kt�rym si� znajdowa�a - je�li w og�le dopuszcza�a do siebie to uczucie - ten dziwny kosmiczny obiekt, kt�ry wytrwale pod��a� przez przestrze� ku jakiemu� nieznanemu przeznaczeniu. A je�li tam dotrze, to co ich czeka? A gdyby udali si� z Wanem, to co tam zastan�? Heech�w? Heechowie! To dopiero nape�nia�o j� l�kiem! Janine prze�y�a ca�e swoje �ycie ze �wiadomo�ci�, �e Heechowie s� legend� - mogliby cz�owieka przerazi�, gdyby �yli naprawd�, ale w sumie byli mniej realni, a bardziej mityczni. Co� takiego, jak Piotru� Kwarc czy �wi�ty Miko�aj. Jak B�g. Mity i b�stwa mo�na tolerowa� na tyle, na ile si� w nie wierzy; ale je�li staj� si� rzeczywisto�ci�?
     Wiedzia�a, �e rodzina boi si� tak samo, jak ona, cho� z ich s��w nic takiego nie wynika�o. Wr�cz przeciwnie - dawali jej przyk�ad odwagi. Mog�a si� tylko domy�la�. Domy�la�a si�, �e Paul i jej siostra r�wnie� si� boj�, lecz postanowili zaryzykowa� pokonuj�c l�k przez wzgl�d na ewentualne korzy�ci. Jej strach by� bardzo szczeg�lnego rodzaju - mniej ba�a si� tego, co si� mo�e zdarzy�, ni� tego, �e nie podo�a oczekiwaniom, jakie przed ni� stawiano. Odczucia ojca by�y dla wszystkich oczywiste. Z�o�ci� si� i ba�, ba� si�, �e umrze, zanim zgarnie fors� za swoj� odwag�.
     A co czu� Wan? Zdawa�o si�, �e jest taki nieskomplikowany, kiedy oprowadza� j� po swoich w�o�ciach, jak dziecko, kt�re pokazuje drugiemu dziecku swoje zabawki. Ale Janine dobrze wiedzia�a jak to jest. Je�li czego� si� nauczy�a przez te swoje czterna�cie lat �ycia, to tego, �e nikt nie jest skomplikowany. Z�o�ono�� psychiki Wana by�a innego rodzaju ni� jej - zorientowa�a si� od razu, gdy pokazywa� jej urz�dzenie z wod�, kt�re jeszcze dzia�a�o. Woda nie nadawa�a si� do picia, ale on u�ywa� tego urz�dzenia jako ubikacji. Janine, wychowana w zak�amanej cywilizacji zachodniego �wiata, udaj�cej, �e proces wydalania w og�le nie istnieje, nie przyprowadzi�aby Wana do tego zafajdanego i �mierdz�cego miejsca, ale on nie czu� si� wcale za�enowany. Nawet w jej obecno�ci.
    - Gdzie� musia�em to robi� - powiedzia� pos�pnie, kiedy wyrzuca�a mu, �e nie korzysta z sanitariat�w na statku, tak jak wszyscy.
    - No tak, ale gdyby� robi� to u nas, to Vera wiedzia�aby, �e jeste� chory. Zawsze analizuje te, no, jak im tam, no te �azienkowe sprawy.
    - Ale musi by� jeszcze jaki� inny spos�b.
    - Owszem. - Istnia� jeszcze ruchomy bioanalizator, kt�ry pobiera� niewielkie pr�bki, i kt�ry zosta� zaprogramowany na Wana, kiedy zorientowano si�, �e jest taka potrzeba. Vera nie by�a zbyt inteligentna i nie przysz�o jej do g�owy by to zrobi�, a kiedy jej kazano, by�o ju� troch� za p�no.
    - O co chodzi?
    Dziwnie si� zachowywa�.
    - Kiedy badali mnie Starcy, czym� mnie nak�uwali. Nie lubi� tego.
    - To dla twojego dobra - odpar�a surowo. - Ale to jest pomys�! Chod�my pogada� ze Starcami.
    W tym w�a�nie przejawia�a si� z�o�ono�� psychiki Janine. Tak naprawd� nie zale�a�o jej, by rozmawia� ze Starcami. Po prostu chcia�a oddali� si� od tego �enuj�cego miejsca. Ale zanim ruszyli do Starc�w, czyli tam, gdzie by�a tak�e le�anka sn�w, Janine wymy�li�a co� innego.
     - Wan, chc� wypr�bowa� le�ank�. Odchyli� g�ow� do ty�u i zmru�y� oczy, przygl�daj�c si� jej sponad swego d�ugiego nosa.
    - Lurvy nie pozwoli�a mi ju� nigdy wi�cej z tego korzysta� - o�wiadczy�.
    - Wiem. A jak si� tam wchodzi?
    - Najpierw ka�esz mi robi�, co m�wi� wszyscy - poskar�y� si�. - A potem zmieniasz zdanie. Ka�dy m�wi co� innego. Wszystko mi si� pl�cze.
    Janine ju� zd��y�a wej�� do kokonu i wyci�gn�a si� na le�ance.
    - Teraz trzeba to zas�oni�?
    - No tak, skoro jeste� zdecydowana - powiedzia� wzruszaj�c ramionami. - Zatrzaskuje si� tam, gdzie trzymasz r�k�, a kiedy chcesz wyj��, trzeba po prostu pchn��.
    Si�gn�a po siatkowe przykrycie, przyci�gaj�c je do siebie i przygl�daj�c si� jego rozdra�nionej, zatroskanej twarzy.
    - Czy... czy to boli?
    - Boli? Te� pomys�!
    - Jakie to uczucie?
    - Janine, jeste� bardzo dziecinna - stwierdzi� z powag�. - Czemu zadajesz pytania, kiedy mo�esz sama sprawdzi�? - I spu�ci� b�yszcz�ce, druciane przykrycie. Zatrzask z boku zazgrzyta� i zaskoczy�.
    - Najlepiej jest zasn�� - zawo�a� do niej poprzez b�yszcz�c� niebiesko drucian� siatk�.
    - Ale mnie si� nie chce spa� - zaprotestowa�a rozs�dnie. - Wcale. Nic nie czuj�...
    I wtedy w�a�nie poczu�a.
    Nie tego si� spodziewa�a pami�taj�c o swoich odczuciach w czasie gor�czki. Nie by�o �adnego obsesyjnego skrzy�owania z jej w�asn� osobowo�ci�, �adnego punktowego �r�d�a uczu�. By�o tylko ciep�e i nasycaj�ce promieniowanie. Zosta�a otoczona. By�a jedynie atomem w cieczy uczu�. Inne atomy nie mia�y kszta�tu ani charakteru. Nie by�y namacalne, nie mia�y wyra�nych kontur�w. Kiedy otworzy�a oczy, nadal widzia�a Wana, kt�ry zmartwiony spogl�da� na ni� poprzez druty, a potem innych - czy�by to by�y dusze? - zupe�nie nierzeczywistych i dalekich. Ale czu�a ich, tak jak nigdy dotychczas nie odczuwa�a ludzkiej obecno�ci. Wok�. Obok. Wewn�trz. Byli ciepli. By�o jej z nimi dobrze.
     Kiedy w ko�cu Wan odci�gn�� pokryw� i szarpn�� j� za r�k�, le�a�a wpatruj�c si� w niego. Nie mia�a si�y, ani nawet ochoty, �eby wsta�. Musia� jej pom�c i w drodze powrotnej wspar�a si� na jego ramieniu.
    Ju� byli prawie w po�owie drogi do statku Herter-Hall, kiedy wpadli na nich rozw�cieczeni pozostali cz�onkowie za�ogi.
    - Idiotka! - wrzeszcza� Paul. - Jeszcze raz co� takiego zrobisz, a spior� ci ten tw�j r�owy ty�ek!
    - Nie zrobi ju� tego wi�cej - powiedzia� ojciec Janine ponuro. - Zaraz tego dopilnuj�, a tob�, moja panno, zajm� si� nieco p�niej.



    Wszyscy byli tacy k��tliwi! Nikt nie da� Janine w sk�r� za to, �e wypr�bowa�a le�ank� sn�w. Nikt jej w og�le nie ukara�. Za to robili sobie na z�o�� wszyscy nawzajem i to przez ca�y czas. Zerwali rozejm, kt�ry utrzymywali przez trzy i p� roku, i kt�ry ka�dy na sw�j spos�b piel�gnowa�, gdy� alternatyw� by�oby rzucenie si� do oczu, a nawet morderstwo. Paul i ojciec nie rozmawiali ze sob� przez dwa dni, poniewa� Peter roz�o�y� le�ank� na cz�ci bez porozumienia z innymi. Lurvy i ojciec pluli oraz wrzeszczeli na siebie, poniewa� ona zaprogramowa�a za du�o soli w posi�ku, a potem znowu, kiedy by� jego dy�ur w kochni i zaprogramowa� za ma�o. A je�li chodzi o Lurvy i Paula - nie sypiali ju� ze sob� i prawie nie odzywali si� do siebie. Na pewno nie byliby ma��e�stwem, gdyby w promieniu pi�ciu tysi�cy jednostek astronomicznych znalaz� si� jaki� s�d, kt�ry da�by im rozw�d.
    Lecz gdyby w promieniu pi�ciu tysi�cy j.a. znalaz� si� jaki� autorytet, mo�na by przynajmniej rozwi�za� spory. Kto� podejmowa�by za nich decyzje. Czy powinni wraca�? Czy powinni pr�bowa� przeciwstawi� si� oporowi Fabryki Po�ywienia? Czy te� mo�e uda� si� z Wanem i zbada� tamto miejsce - je�li tak, to kto ma pojecha�, a kto zosta�? Nie mogli si� dogada� co do og�lnych plan�w. Nie mogli si� nawet dogada� co do decyzji czy rozebra� maszyn� i zaryzykowa� jej zniszczenie, czy te� zostawi� j� w spokoju i porzuci� nadziej� na jakie� cudowne odkrycie, kt�re by wszystko zmieni�o. Nie mogli si� dogada�, kto powinien rozmawia� ze Zmar�ymi przez radio, ani te� o co ich spyta�. Wan pokaza� im, jak zach�ci� lub zmusi� Zmar�ych do rozmowy, wi�c pod��czyli system d�wi�kowy Very do „radia". Ale Vera nie bardzo mog�a sobie poradzi� z du�ym przep�ywem informacji i kiedy Zmarli nie rozumieli jej pyta�, czy te� nie chcieli w tym uczestniczy�, albo po prostu byli zbyt nienormalni, by by� z nich jakikolwiek po�ytek - Vera musia�a da� za wygran�.
     Janine bardzo prze�ywa�a t� sytuacj�, ale najci�ej by�o Wanowi. Przez t� k��tliw� atmosfer� czu� si� zagubiony i zraniony. Przesta� za ni� chodzi�. I kiedy�, gdy obudzi�a si� i rozejrza�a, szukaj�c go, jego nie by�o.
    Na szcz�cie jej duma nie dozna�a szwanku, bo innych te� nie by�o - Paul i Lurvy znajdowali si� na zewn�trz statku przestawiaj�c anteny. Ojciec spa�, tak wi�c mia�a czas, by poradzi� sobie ze swoj� zazdro�ci�. Co za �winia! - my�la�a. To g�upota z jego strony - nie zdaje sobie sprawy, �e ona ma wielu przyjaci�, gdy tymczasem on ma tylko j�. Ju� ona mu poka�e! W�a�nie zaj�a si� pisaniem d�ugich list�w do swoich zaniedbanych korespondent�w gdy us�ysza�a, �e wraca Paul i siostra. Kiedy powiedzia�a im, �e Wana nie ma co najmniej od godziny, zaskoczy�a j� ich reakcja.
    - Tato! - wrzasn�a Lurvy wal�c w zas�on� kokonu ojca. - Obud� si�! Wan znikn��!
    Starszy pan wyszed� mru��c oczy.
    - O co wam chodzi? - spyta�a w�ciek�a Janine.
    - Czy ty nic nie rozumiesz? - zauwa�y� ch�odno Paul.
    - A mo�e zabra� statek?
    Ta mo�liwo�� Janine nie przysz�a nigdy do g�owy.
    - Nie zrobi�by tego.
    - Czy�by? - warkn�� ojciec. - Sk�d ta pewno��? A je�li tak, to co z nami? - sko�czy� zapinaj�c sw�j kombinezon i wsta� spogl�daj�c na nich. - M�wi�em wam - powiedzia� patrz�c na Lurvy i Paula tak, �e Janine zrozumia�a, �e zwraca si� tylko do nich - m�wi�em wam, �e musimy znale�� ostateczne rozwi�zanie. Musimy, je�li mamy polecie� jego statkiem. Nie mo�emy przecie� ryzykowa�, �e mu nagle wpadnie do �ba odlecie� bez ostrze�enia.
     - Ale jak to zrobi�? - spyta�a Lurvy. - Jeste� niedorzeczny, tato. Nie mo�emy pilnowa� statku dzie� i noc.
    - A twoja siostra nie upilnuje ch�opaka, to prawda - przytakn��. - Wi�c musimy albo unieruchomi� statek, albo ch�opca.
    - Ty potworze! - rzuci�a si� na niego Janine, d�awi�c si� z w�ciek�o�ci. - Planowa�e� to przez ca�y czas! Powstrzyma�a j� siostra.
    - Uspok�j si�, Janine! - poleci�a. - Rozmawiali�my o tym, to prawda. Musieli�my. Ale nic jeszcze nie zosta�o postanowione. Na pewno nie zrobimy nic takiego, co mog�oby zada� b�l Wanowi.
    - A wi�c podejmijmy jak�� decyzj�! - �achn�a si� Janine. - G�osuj�, �eby polecie� z Wanem.
     - O ile jeszcze nie odlecia� sam - wtr�ci� si� Paul.
    - Nie odlecia�.
    - Je�li odlecia�, to jest za p�no, �eby�my mogli cokolwiek zdzia�a� - powiedzia�a rozs�dnie Lurvy. - Poza tym, popieram Janine. Le�my z nim. A jakie jest twoje zdanie, Paul?
    - Mnie si� te� tak wydaje - lekko si� zawaha�. - Peter?
    - Je�li wszyscy jeste�cie zgodni, to m�j g�os nie ma znaczenia - powiedzia� starszy m�czyzna z godno�ci�. - Pozostaje tylko kwestia tego, kto ma lecie�, a kto zosta�. Proponuj�...
     - Tato - przerwa�a mu Lurvy. - Wiem, co chcesz powiedzie�, ale nic z tego nie wyjdzie. Musimy tu zostawi� chocia� jedn� osob�, �eby utrzymywa�a kontakt z Ziemi�. Janine jest za m�oda. To nie mog� by� ja, bo jestem najlepszym pilotem, a mo�e to by� okazja, �eby si� czego� nauczy� o statkach Heech�w. Ja nie chc� polecie� bez Paula, wi�c zostajesz tylko ty.



    Roz�o�yli Ver� na cz�ci, kt�re rozmie�cili w Fabryce Po�ywienia - cz�� posz�a do pomieszczenia sn�w, a cz�� wzd�u� zewn�trznego korytarza. Urz�dzenia transmisyjne pozosta�y na macierzystym statku. Peter pomaga� we wszystkim bez s�owa, w milczeniu. Chodzi�o im o to, by dalsze wiadomo�ci grupa badawcza przekazywa�a przez system radiowy Zmar�ych. Peter sam siebie usuwa� w cie�, nawet mu to wychodzi�o. Na statku by�o pe�no jedzenia, jak twierdzi� Wan. Ale Paula nie satysfakcjonowa�o automatyczne uzupe�nianie nieznanych produkt�w Fabryki i kaza� im przenie�� tyle racji �ywno�ci, ile tylko uda si� za�adowa�. Wan z kolei nalega�, �eby zaopatrzyli si� w wod�, wi�c opr�nili urz�dzenia drugiego obiegu w statku i nape�nili jego plastikowe torby, kt�re te� za�adowali. W statku Wana nie by�o ��ek. Nie s� potrzebne, wyja�ni� ch�opiec, poniewa� kokony akceleracyjne wystarczaj�, aby ich ochroni� w czasie manewr�w i utrzyma� w bezruchu w czasie snu. Sprzeciwili si� temu zar�wno Lurvy, jak i Paul, kt�rzy roz�o�yli swoje worki do spania i przenie�li na statek. Rzeczy osobiste - Janine chcia�a zestaw prywatnych perfum i ksi��ek, Lurvy sw� osobist� zamykan� torb�, Paul karty do pasjansa. By�a to d�uga i �mudna praca, ale w ko�cu za�adowali wszystko. Peter usiad� ze skwaszon� min�, opar� si� wyprostowany o �cian� korytarza i przygl�daj�c si� krz�taninie pozosta�ych zastanawia� si�, czy czego� nie zapomnieli. Janine zdawa�o si�, �e ju� traktuj� go jak kogo� nieobecnego czy martwego.
    - Papo, nie przejmuj si� - zwr�ci�a si� do niego. - Wr�cimy najszybciej jak tylko si� da.
    Pokiwa� g�ow�.
    - Co b�dzie za... niech no si� zastanowi�, czterdzie�ci dziewi�� dni w ka�d� stron�, plus tyle czasu, ile postanowicie tam sp�dzi�. - Ale podni�s� si� i da� si� poca�owa� Lurvy i Janine.
    - Bon voyage - �yczy� im niemal rado�nie. - Na pewno niczego nie zapomnieli�cie?
    - Raczej nie - Lurvy rozejrza�a si� uwa�nie. - Chyba �e powinni�my powiadomi� twoich przyjaci� o naszym przyje�dzie? - zwr�ci�a si� do Wana.
    - Zmar�ych? - skrzywi� si� w u�miechu. - Nie zorientuj� si�. Oni s� martwi. Nie maj� poczucia czasu.
    - Wi�c dlaczego ich tak bardzo lubisz? - dopytywa�a si� Janine.
    Wan wychwyci� w jej g�osie nutk� zazdro�ci i zachmurzy� si�.
    - S� moimi przyjaci�mi - odpar�. - Nie mo�na ich bra� na serio przez ca�y czas, poza tym cz�sto k�ami�. Ale nigdy nie musz� si� ich ba�.
    - Och, Wan - westchn�a Lurvy g�aszcz�c go. - Wiem, �e nie byli�my dostatecznie mili dla ciebie, ale �yli�my w wielkim napi�ciu. Tak naprawd� jeste�my lepsi ni� mog�o ci si� wydawa�.
    - Ruszajcie! - Stary Peter chcia� ju� z tym sko�czy�. - Udowodnijcie mu to, zamiast sta� i gada� bez ko�ca. A potem wr��cie i udowodnijcie to mnie!



Strona g��wna     Indeks